W Polsce jestem córką, we Włoszech jestem matką. Rozdzielenie osobowości, rozszczepienie. Nie mogę być obiema naraz, bo to powoduje dotkliwe cierpienie: kiedy jestem we Włoszech z dziećmi, tęsknię za mamą, martwię się i czuję, że powinnam z nią być, że jestem wyrodną córką, jeśli mnie tam nie ma. Kiedy jestem sama w Polsce z Mamą, nie mogę być jednocześnie matką, bo byłabym matką, która porzuciła dzieci, która umiera z tęsknoty, której wyrwano serce.
Mama ma raka. Te słowa nadal wyglądają obco i spora część mnie nie wierzy w nie, kiedy je czytam. Nie chce. Wypiera. Buntuje się. Ale to jest jakaś prawda: prawda lekarzy, prawda wyników badań, biopsji, tego dziwnego badania kości, którego nazwy nie mogę zapamiętać, które przekręcam w jakąś trycho-cośtam, chociaż wiem, że trycho to o włosach, w którym wyszło, że są przerzuty do kości, a krąg szyjny c4 jest podwichnięty. To są jakieś słowa na papierze, jakieś cyfry, oznaczenia. Głucho brzmiące w gabinecie: choruje pani na raka piersi z przerzutami do kości. Lekarka litościwie pomija fakt, że to czwarte stadium. I że nie będą leczyć, bo tego się nie da już wyleczyć, tylko „trzymać pod kontrolą”. Na konsylium lekarki nie miały litości, ale na szczęście mówiły jedna przez drugą, w tym samym czasie inna lekarka zadawała Mamie pytania, więc nie usłyszała. Chyba. Czy można to było powiedzieć jakoś inaczej? W sposób nie odbierający nadziei? Nie wiem. Mam się ucieszyła, że nie będzie operacji, nie będą „okaleczać starszej osoby”.
To wszystko procesuję dwa miesiące po fakcie. Przedtem nie miałam siły, choć przed mamą zawsze stoję na baczność, gotowa do akcji, z uśmiechem na ustach. Do tej pory mój sposób radzenia sobie z tym wszystkim polegał na byciu tu i teraz, skupianiu się na tym, co dziś trzeba zrobić: geriatra, psychoonkolog, onkolog, EKG na cito. Ale przekładam wizytę u onkologa, bo chcę, żeby mama pojechała ze mną do Włoch, bo chcę, żebyśmy pojechały razem na cosmo wakacje do hotelu all inclusive, teraz zaraz, bo boję się, że zacznie się źle czuć albo w ogóle umrze i już nie pojedziemy, a ja zostanę z wyrzutem, że tego nie zorganizowałam, nie zdążyłam. Na resztę życia. Więc egoizm też w tym jest. Chronię się przed ewentualnymi wyrzutami sumienia.
W życiu codziennym jest choroba: tony leków, odpoczynek, sunięcie w żółwim tempie, bóle (nie jakieś straszne, ale jak mogę to oceniać? Że nie krzyczy z bólu, jak przy mammografii i biopsji, kiedy chciałam płakać a nie mogłam, kiedy wolałam, żeby to mnie robiono biopsję gruboigłową?). Ale jesteśmy w normalnym życiu jednak. Zakupy, gotowanie, kawiarnia. Drobne Przyjemności. Planowanie wakacji. Różowy kaszmirowy sweterek w ramach mojej autorskiej terapii onkologicznej i wyjazd na Fuerteventurę, której nie polubiłam, a poza tym noce spędzałam na słuchaniu, czy mama oddycha. Dni na czekaniu na nią i powolnym sunięciu na leżak, do restauracji, na plażę. Z licznymi przystankami. Na martwieniu się, kiedy za dużo zjadła i cały dzień spędziła w łóżku z „boleściami”. Na dzwonieniu po lekarza, kiedy pojawił się nowy ból. Okazało się, że nic nowego jednak, przynależy do choroby.
Bardzo jestem córką, kiedy Mama, nagle rozgadana u doktorki od terapii bólu, wystawia mi laurkę: „córka przyjechała aż z Włoch, żeby się mną zajmować. Tak mnie podtrzymuje na duchu. Dobrze się z nią czuję. Śmiejemy się razem jak głupie.” To wszystko prawda, a jednak nie lubię o tym słuchać. Przecież to normalne. Robię, co mogę i cieszę się, że mogę. Akurat w tej sytuacji cieszę się, że nie mam pracy na etacie i akurat nie mam zleceń, nie wożę ze sobą wyrzutów sumienia określonych liczbą nieprzetłumaczonych stron. Nie jestem zmęczona czterema godzinami przed kompem, ucząc angielskiego i martwiąc się, czy połączenie internetowe nie będzie za słabe. Nie mam klientów na coaching, których nosiłabym ze sobą razem z Mamą i dziećmi, przeżywając ich emocje, ich historie.
Nie wiem, dlaczego nie lubię, kiedy mama mnie chwali. Głośno, do kogoś, do obcej osoby. To wszystko, co mówi, to prawda, ale nie jest mi miło. Jakbym nie chciała, żeby ta lekarka czuła się zmuszona do podziwiania mnie. Jakbym była tą lekarka i myślała cynicznie: „no i co z tego? To normalne, jest przecież pani córką”. A „powinnam” się cieszyć, że mama mnie docenia, że nie uważa, że moja opieka i zainteresowanie jej się należą.
Potem, w któryś poniedziałek, rutynowa (już chyba trzecia) wizyta u onkolog. Nie spodziewam się niczego nowego i planuję iść na jogę o 14.30. Mnóstwo czasu. Idzie nam świetnie, na EKG wchodzimy przed czasem (tak, zaczęłam mówić „w poniedziałek mamy EKG i wizytę u onkolog”. To jest też moja choroba. Ja też mam wizyty w Instytucie Onkologii). Kolejny punkt do odhaczenia na liście. Wizyty tutaj stają się rutyną. A tu niespodzianka: wlew. Straszne słowo i kojarzy mi się z chemią. I nowa kartka po odbiór leków: chemioterapia doustna. A przecież powiedziano nam, że te tabletki to nie chemia??? Lekarka uprzedza, że po wlewie mama może czuć się słabo. Nagle jest bardziej chora, nagle rak jest bardziej realny, nagle się boję. Wysyłam smutną wiadomość głosową do byłego męża. Dostaję współczucie.
A jednocześnie faktycznie wszystkie chwile, kiedy śmiejemy się jak głupie. Zakup różowego sweterka, a dla mnie kolczyków art deco. Poczucie luksusu w naprawdę ładnym i wygodnym pokoju hotelowym. Ten czas razem, jednak podszytu wyrzutem sumienia, że potrzebny był rak, żeby chcieć spędzać ze sobą tyle czasu. Wyrzut jednak jest słabiutki, tli się na dziesiątym planie, chyba z przyzwyczajenia, żeby nie pominąć żadnej okazji do samokrytyki. Bo na pierwszym planie jest radość, że w tak dramatycznej sytuacji jest coś tak wspaniałego: czas razem. Bez pretensji, że mama chora. Czy nie mogłabym wszystkich zawsze traktować z taką miłością, cierpliwością i dobrą wolą? Czy ktoś musi być bardzo chory. żebym po prostu była miła i się nie czepiała? A jednak bardziej cieszę się z tej lekcji niż mam do siebie pretensje o przeszłość. To też mały cud.
Kiedy zaczęłam pisać ten tekst parę dni temu, zaraz po przebudzeniu, w łóżku jeszcze, na telefonie (niezbyt wygodnie, ale jak mus to mus), miałam w sobie dwie emocje, dwie persony. Pierwsza dorwała się do głosu Córka, było to zaraz po powrocie z Warszawy od Mamy. Minęło parę dni, a druga persona jakby zniknęła… Matka (we Włoszech w końcu będąca z dziećmi), szalejąca z rozpaczy, że nie może jednocześnie być córką i trwać przy chorej Mamie. Kiedy wróciłam do domu, boleśnie odczuwałam nieobecność Mamy, czułam się, jakby oderwano mnie od niej siłą, jakbym powinna przy niej być cały czas, jakby tam było moje miejsce. A potem ta osoba, tęskniąca córka, czująca, że nie wykonuje swoich obowiązków, że opuściła posterunek przy matce, by sama być matką, nagle odetchnęła głębiej. Dzieci (dwoje dorosłych, jedno nastoletnie) ukoiły ją, sprawiły, że poczuła się na miejscu u siebie, w swoim domu. Teraz matka (ja) może być sobą, oddycha pełną piersią, wykonuje coraz bardziej okrojone obowiązki rodzicielskie i zajmuje się sobą: swoją pracą, swoim życiem, swoim ciałem i swoją duszą. Zniknęła udręczona matka, która powinna być córką.
Kiedy zauważyłam tę zmianę, pomyślałam sobie, że świetnie, w takim razie napiszę o tym, co mnie karmi, co mnie wspiera. Na pewno są to dzieci, przyjaciele, czas dla siebie bez wyrzutów sumienia i ,tak, odległość. W moim subiektywnym doświadczeniu nic mnie tak nie regeneruje, jak ten czas, kiedy moje miejsce przy potrzebującej wsparcia Mamie, zajmuje tymczasowo ktoś inny – partner Mamy. Dzięki Bogini, że jest! Niedoskonały (kto jest?), nie budzący mojej przesadnej sympatii (nie musi, to Mamie ma się podobać, nie mi), ale stabilny, trwały jak skała, niezawodny, odpowiedzialny, opiekuńczy, ciepły – po prostu dobry człowiek! To dzięki niemu zszedł ze mnie stres nagromadzony przez bliskość z osobą chorującą, zostałam uwolniona od ciągłego niepokoju. Gadamy z Mamą przez wideo whatsapp raz dziennie i to mi wystarcza.
Nie jestem już udręczona i mam nową siłę, by żyć i wspierać. Dobrze zrobiło mi wypisanie się, wczucie się w to, co się we mnie dzieje. Czym się tutaj dzielę? Dwoistością przeżywanych uczuć: przerażeniem (rak! Chore serce! 86 lat!) i radością, że jest, że żyje, że jestem, że jesteśmy razem. Że mamy jeszcze czas, żeby być razem, żebyśmy chciały żyć, cieszyć się, kochać.
Joanna

